Po mojej twarzy spłynęła łza wiedziałem, że tego wieczoru, nie wrócę już do ćwiczeń

Był to czas nadzwyczajny. Przez kilka ostatnich tygodni nie było mnie dla nikogo. Właściwie w podobny stan wpadałem każdej wiosny, pod koniec maja – po długim weekendzie i urodzinowej imprezie – gdy nagle wszystkie koncerty, egzaminy i wyjazdy zwalały mi się na głowę.

Tym razem jednak był kwiecień. Śnieg dawno już stopniał, dni stawały się dłuższe, a jesienne przygnębienie wyjeżdżało powoli na kilkumiesięczny urlop. Tego roku w kwietniu zbliżał się on – czas matur.

Z powodu braku czasu i mojego krążenia między jedną szkołą a drugą, postanowiłem przyspieszyć sobie wolne i, obliczając maksymalną możliwą – byle zdać – frekwencję, przestałem chodzić do „zwykłej” szkoły. Ostatnie kilka tygodni spędzałem więc grając na puzonie i czytając książki, których nie miałem czasu przeczytać w ciągu roku – głównie lektury szkolne. Powtórki materiału na konkretne dni matur zostawiłem na dzień przed samymi egzaminami.

Jednak nie ja odczułem ten czas najbardziej.
Zwykle, choćby w weekend – bo gdy wracałem do domu, w tygodniu, ona zwykle już spała – starałem się znaleźć dla niej chwilę. Wiedziałem, że bardzo mnie kocha. Zawsze najbardziej kocha się kogoś kogo nie można mieć. Właśnie z tego powodu nie doceniamy ludzi, którzy na co dzień są wokół nas.

A tym razem nie było mnie dla niej już kolejny tydzień. Jednego z sobotnich wieczorów przyszła do mojego pokoju. Ćwiczyłem wtedy sonatę na konkurs. Wchodząc, ominęła sterty notatek rozwalone po całym pokoju, stanęła przy biurku i zaczekała aż skończę frazę.

– „Wiem, że grasz. Dasz mi kartkę i jakiś ołówek? Nie będę Ci przeszkadzać.” – powiedziała prosząco.
– „Zamierzasz tu teraz siedzieć? Ćwiczę.” – Jej zachowanie wydało mi się conajmniej dziwne.
– „Będę cicho.” – Wzięła ode mnie kartkę i usiadła do biurka, a ja postanowiłem robić sobie przerwę i zszedłem na dół coś przekąsić.

Gdy wróciłem, coś zaburzało blaszany połysk puzonu. Pomiędzy rurkami suwaka znajdowała się złożona kartka. Zofii nie było w pokoju, prawdopodobnie spała już u siebie. Wziąłem do ręki kawałek papieru i powoli rozłożyłem kartkę.

Smutna dziewczyna – beznazwiska.pl

Zofia nie umiała pisać. W gruncie rzeczy była tylko głupim pięciolatkiem. To co zostawiła pomiędzy rurkami puzonu – jej konkurenta pod względem czasu i energii, które poświęcałem jemu, zamiast zająć się nią – było projekcją prostego dziecięcego marzenia.

Dwie postacie – jedna wysoka, z brodą, druga całkiem malutka. Szły trzymając się za ręce. Nic więcej. One dwie i biała kartka. Właśnie wtedy zrozumiałem jak niewiele potrzeba, żeby po prostu BYĆ.

Po mojej twarzy spłynęła łza. Wiedziałem, że tego dnia nie wrócę do ćwiczeń.

Wystarczyło jej posiedzieć przy mnie, gdy ja grałem, nie zamieniając z nią nawet słowa. Ona chciała po prostu pobyć ze mną – poczuć obecność i posiedzieć przy starszym bracie.

Banał? Może dla Ciebie. Spróbuj jednak spojrzeć czasem na dziecko, na które przez lata nauczyłeś się patrzeć z dozą infantylności i bezsensu. Na dziecko, które, jeśli tylko pozwolisz, powie Ci o życiu więcej, niż wiele mądrych książek. Rozejrzyj się.

Ja przejrzałem właśnie wtedy.

Bo niektórzy po prostu są. Ich obecność jest dla nas normą. Są i bardzo często nic nie mówią. To oni kochają najmocniej, choć i tak nigdy o tym nie pomyślisz.

Skomentuj